wtorek, 16 czerwca 2015

12. Where is Steve?

- Znam miejsce, w którym powstał plik. - Steve.
- Skąd? - pytam
- Kiedy zaciągnęłem się do armii właśnie tam nas trenowano. - Steve. 
- Czyli jedziemy na wycieczkę.- ja. 
- Na to wychodzi.- Rogers. 
- Mogę pomóc.- Sam. 
- Ava. Ja chcę żebyś tutaj została. - Steve.
- Co?- pytam oburzona
- Skarbie. Postrzelili cię dwa razy w ciągu kilku dni. Musisz odpocząć bo inaczej stanie ci się krzywda. Nie chcę cię stracić.- Steve
- A ja ciebie, a jesli coś ci się tam stanie?- pytam
- Nic mi się nie stanie. Przeżyłem nie takie rzeczy. - Steve całuje mnie na pożegnanie i wychodzą. Zostałam zupełnie sama. Postanowiłam skorzystać z laptopa naszego nowego przyjaciela i trochę powęszyć. 
- Avalone. Odkryliśmy kilka ciekawych rzeczy. Możemy sie spotkać?- Usłyszałam głos Jais w swojej głowie. Podałam jej adres. Po jakimś czasie pojawiła się, ale bez Zayna. 
- Gdzie Zayn? - spytałam.
- Spokojnie nic mu nie jest. Siedzieli nam na ogonie, więc się rozdzieliliśmy. - Jais
- Jesteś pewna, że nikt cie nie śledził?- pytam
- Czy ja cię kiedyś zawiodłam?- Pyta Jais. Po chwili dom Sama zaczynają ostrzelać. Próbowałam sie teleportowac, ale nie mogłam. 
- Co jest grane?- pytam Jais.
- Nie moge używać moich mocy.- Jais. Chowamy sie za kanapą. Tak żeby w nas nie trafiono. Strzały ustają. Chciałyśmy sprawdzić o co chodzi. Jaisnavi poszła w stronę drzwi. Do środka wszedł strażnik. Nie mogłam użyć swoich mocy, wiec kiedy wycelował w Jais po prostu osłoniłam ją. Kula trafiła bardzo blisko poprzedniej rany postrzałowej na brzuchu. Upadłam na ziemię. 
- Bierzcie je.- Żołnierz. Jais zakuli w kajdany, a mnie podnieśli z ziemi i zaniesli do samochodu. Nie stawiałam oporu bo nie miałam siły. No i nadal nie mogłam używać mocy. Było z nami dwóch strażników. Mieli na głowie hełmy. 
- Ona sie zaraz wykrwawi. - Jais. Jeden ze strażników wyjął nóż. Cholera Jaisnavi! Jednak ku mojemu zdziwieniu strażnik dźgnął drugiego. Zdjął hełm. 
- Hill ty cwana bestio.- mowie do dziewczyny. 
- Nie mamy czasu. - Hill zaczeła laserem wycinać podłogę tak abyśmy mogły wyjść. Dziura była juz gotowa. 
- Jeszcze chwila.- powiedziała i chwile pózniej dała znak. Wyskoczyliśmy z samochodu. Chwile pózniej podjechał kolejny. 
- Wsiadajcie.- Hill. 
- Nie mam siły.- Wzdycham ciężko. Straciłam zbyt dużo krwi. Jais pomogła mi sie podnieść i wsiąść do samochodu. 
- Jeszcze chwile. Proszę wytrzymaj.- Jais. Wiedziałam o tym, że jesli nie wytrzymam to ta idiotka przekaże mi swoją moc życiową zabijając siebie, więc starałam się miec oczy otwarte i jak najmniej krzyczeć z bólu. Kiedy dojechaliśmy na miejsce wyszło nam naprzeciw kilku żołnierzy. Znałam ich z widzenia z tarczy. Dwóch pomogło mi dojść do budynku. 
- Zabierzcie ją do gabinetu. - Rozkazala Hill. Chwile później byłam już na stole i wyjmowali pocisk. Kiedy go wyjęli krew zaczęła tryskać z rany. Zrobiło mi się słabo. 
- Nie wpuszczajcie tutaj Jaisnavi.- powiedziałam i straciłam przytomność. Poczułam ulgę. Złożyłam swoje życie w ręce innych. Nie czułam już nic. Czy tak wygląda śmierć? Nie pozwoliłam Jais aby weszła. Jesli mam umrzeć to to sie stanie nawet jesli mnie uratuje. W tym wszystkim nie pomyślałam tylko o jednej osobie. O Rogersie. 

poniedziałek, 8 czerwca 2015

11. Fight for your right.

*Avalone P.O.V.*
Siedziałam na dachu oglądając zniszczony po walce Nowy York. 
- Dziękuję.- usłyszałam głos siostry za plecami. 
- Jestem starsza. To był mój obowiązek. - uśmiecham się. 
- Chodzi mi o Zayna.- Jais.
- Jak ty mnie wgl znalazłaś?- ja
- Rogers troche mi pomógł.- Jais. 
- Chodź tu.- przytulam ją. Jais mocno mnie obejmuje, a ja jęczę z bólu. 
- Co jest?- pyta siostra. 
- Nic takiego.- ja.
- Jednak coś jest.- Jais. 
- Mówię przecież, że to nic.- Ja. Siostra zdejmuje mój sweter. Na ramieniu mam opatrunek, który sobie zrobiłam. 
- Nic?- pyta siostra i zdejmuje opatrunek. 
- Postrzelili cie.- siostra chwyta moją rękę i teleportuje do budynku. 
- Halo potrzebujemy lekarza!- wydziera się na cały budynek i ciągnie mnie za sobą. W końcu zaciąga mnie do sali konferencyjnej gdzie siedzą wszyscy. 
- Ja was kocham co nie? Wszystkich. Naprawdę, ale CZEMU DO JASNEJ CHOLERY PO TYM JAK AVA UZDROWIŁA WAS WSZYSTKICH NIKT NIE SPRAWDZIŁ CO U NIEJ?!- Siostra. 
- Uspokój się. - Stark.
- Co się stało Ava?- Steve.
- Nic takiego. Jaisnavi panikuje.- Ja.
- MASZ POCISK W RAMIENIU I TO JEST NIC?!- Jais. 
- Daj spokój. - wzdycham. 
- Bez gadania! Do lekarza!- drze się na mnie siostra i znowu ciągnie mnie za sobą. W końcu Wymykam się i idę do Jane. Siadam na stole, a Ona wyjmuje mi pocisk z ramienia. 
- Ał.- jęczę.
- Nie ruszaj się tak to nie będzie boleć.- Jane. 
- Już dobra no.- siedzę spokojnie. Jane opatrzyła mi ranę. 
- Tu jesteś! Kiedyś dostanę przez ciebie zawał.- Steve. 
- Starsi ludzie już tak mają.- śmieję się. Rogers podchodzi do mnie i staje przede mną. Wtulam się w niego. 
- Proszę się nie nabijać z mojego wieku.- Steve. 
- Już nie będę.- mówię zaciągając się jego zapachem. 
- Jak się czujesz?- Pyta. 
- Lepiej.- usmiecham się. 
- Za piętnaście minut zachód. - Steve. Teleportowałam nas na dach. Siedziała tam Jais wtulona w Zayna. 
- Skubani. Ukradli nam miejscówkę.- ja.
- Znajdziemy sobie inną. Zostawmy ich.- Steve. 
- Zasługują na troche prywatności. - mówię. Koniec końców znajdujemy się na dachu empire state building. 
- Co teraz? No wiesz. Z nami.- Steve. 
- A co ma z nami być?- pytam
- No wiesz. Wrócimy do swoich dawnych zajęć, do swoich mieszkań. Ja nie jestem dobry w związkach.- Rogers.
- Ja też nie jestem w tym dobra. Poza tym nie wrócę do swoich zajęć. Nie chcę znów kraść żeby przeżyć. Nawet nie wiesz jakie to cholernie przykre. Świadomość, że jesteś na tym świecie sam, że nie masz nikogo kto ci pomoże. To było straszne przeżycie. Do dzis mam koszmary. Tylko udawałam silną, żeby Jaisnavi się nie łamała. Tak naprawdę moje życie mnie dołowało. Próbowałam się zabić, ale nigdy mi się nie udało. Chciałam się utopić to okazało się, że potrafię oddychać pod wodą. Najadłam się tabletek i popilam wódką okazało się, że alkohol nie ma na mnie wpływu i tabletki tez nie. Za każdym razem kiedy chciałam zgnąć objawiała mi się jakaś nowa moc.- ja. 
- Przecież teraz masz mnie. - Steve przyciągnął mnie do siebie i mocno przytulił. 
- Mam ciebie.- wyszeptałam badając te słowa. 
- Zamieszkaj ze mną.- Steve. 
- Nie mogę, a co z Jais? - pytam
- Da sobie radę. Przecież nie jest już małą dziewczynką.- Steve. 
- Mogę to przemyśleć?- pytam. 
- Oczywiście.- Steve cmoka mój nos. 
Steve pozwolił mi sie nad tym zastanowić i mimo, że bardzo chciałam z nim zamieszkać, zbliżyć się do niego to bałam się porozmawiać o tym z Jais. 
- Co cię tak dręczy?- spytała. 
- Nic.- ja
- Powiedz bo wyczytam to sobie z twoich mysli.- Zagroziła. 
- Jais. Trzymaj się z daleka od mojej głowy.- ja. 
- Steve chce żebyś z nim zamieszkała?!- Jais.
- Nie można mieć sekretu.- wzdycham. 
- Pan Ameryka się angażuje?- Jaisnavi.
- Najwyraźniej.- ja
- I co mu odpowiedziałaś?- Jais
- Że muszę to przemyśleć bo nie chcę cię zostawić.- ja
- Oszalałaś?! Ja wracam do naszego mieszkania. SAMA. To znaczy się z Zaynem bo wiesz zaprosiłam go do nas na trochę.- Jais.
- Czyli mam się zgodzić?- pytam
- No raczej.- Jaisnavi. 
***
Kiedy powiadomiłam mojego mężczyznę o dobrej nowinie niemal odrazu przenieslismy moje ubrania do niego. 
- Napewno wszystko masz?- spytał.
- Tak Steve. - usmiecham się kiedy wchodzimy po schodach do jego mieszkania. 
- Coś mało masz tych rzeczy.- Steve.
- Bo nie jestem stereotypową kobietą. Mam ze trzy pary jeansów, jeden dres, kilka tshirtów i kilka par trampek. Po co mi więcej?- pytam.
- Dobrze już. W kieszeni mam klucze. Wyjmiesz?- Steve. Wsadzilam rękę do kieszeni jego jeansów. W tym momencie wyszła jego sąsiadka. 
- Hej Steve.- uśmiechnęła się zalotnie. 
- Hej Sharon. - Steve. Wyjęłam klucz z jego kieszeni.
- Emm. Ja jestem Avalone.- ja. 
- Sharon. Sąsiadka Steva.- Kobieta miała z 25-27 lat. 
- Avalone to moja dziewczyna, więc teraz jestes także jej sąsiadką.- Steve
- Oh. Muszę lecieć. Miło było poznać. Do zobaczenia Steve.- Sharon trzepotała rzęsami i sobie poszła. Weszliśmy do mieszkania Rogersa.
- Nie lubię jej.- mówię zatrzaskując za sobą drzwi. 
- Dlaczwgo? Jest miła.- Steve. 
- Flirtowała z tobą.- ja
- Sharon? Napewno nie. Wydawało ci się.- Steve. 
- Nic mi się nie wydawało.- ja
- A co jesteś zazdrosna?- Steve chwycił mnie w talii i przyciągnął do siebie. 
- Nie. Nie jestem zazdrosna.- Prycham. 
- A ja myślę, że jesteś. - Steve.
- Nie jestem zazdrosna. - prostestuję. 
- Jesteś, ale to jest słodkie. Nikt nie był o mnie zazdrosny.- Steve. 
- Bo ja cię kocham.- mówię i się w niego Wtulam. 
- Ja ciebie także.- Steve
- I jakaś Sharon nie będzie cię podrywać bo jesteś mój.- ja
- Już dobrze.- Steve mnie uspokajał. 
- Dostanę buziaczka?- pytam
- Oczywiście.- Rogers ujmuje moją twarz i łączy nasze wargi w czułym pocałunku. 
- Chodź pokażę ci moje mieszkanie. - Steve. Po małej wycieczce opadłam na fotel w salonie. Mieszkanie nie było duże, ale było piękne. Przyszedł czas żeby pójść spać. Ja nie byłam zmęczona, ale Steve tak, więc postanowiłam udawać żeby on poszedł spac. Założyłam na siebie luźny tshirt i weszłam do łóżka. Wtuliłam się w Steve'a. 
- Śpij dobrze.- mówię. 
- Z tobą napewno.- całuje moje czoło. Steve dosyć szybko zasypia. Ja męczę się, ale około 4 zasypiam. Kiedy się budzę Steve'a już nie ma. Wstaję z łóżka i ide pod prysznic. Ubieram na siebie czarne jeansy, martensy, czarny top i ramoneskę. Odbieram telefon od Jais. 
- Co tam?- pytam. 
- Mamy wezwanie. Podstawiłam wczoraj twoje R8 pod mieszkanie Steve. - Jais
- Dzięki. Będę za 15 minut. - ja. Skupiam sie żeby namierzyć Rogersa. Wychodzę z jego mieszkania i natykam się na Sharon. 
- Witaj. Avalone tak?- Sharon
- Tak.- mówię i zakluczam drzwi. 
- Posłuchaj bo ja.....- dziewczyna zaczela nawijać, a ja nawet nie słuchałam o czym. 
- Posłuchaj nie mam na to czasu. - Ja.
- Poczekaj bo muszę ci powiedzieć, że ja i Steve byliśmy razem. - Sharon.
- I co z tego?- pytam
- Myślałam ze chcesz wiedzieć. - Sharon
- Jakbym chciała to wyczytalabym to.z twoich mysli.- rzucam i kiedy juz schodzę ona musiała mnie zdenerwować.
- On jeszcze bedzie mój.- Sharon. Dłonie zajęły mi się ogniem. 
- On jest teraz mój. Spróbuj się do niego zbliżyć, a ukręcę ci głowę, Wpycham i powieszę sobie na ścianie. - powiedziałam. 
- Jesteś taka jak on.- Sharon. 
- Nie. On nie jest w stanie skrzywdzić bezbronnej osoby, a ja tak.- mówię groźnie i zbiegam po schodach na dół. Wsiadam do mojego audi i ruszam z piskiem opon. Dałam znać Rogersowi, że zaraz będę. Kiedy podjechałam rozmawiał z jakimś mężczyzną. 
- Uszanowanie.- chłopak uśmiechnął sie do mnie i zaczął obserwować mój samochód. 
- Wszędzie nie pobiegnę.- zaśmiał się Steve i wsiadł do samochodu. Spaliłam gumę i ruszyłam do przodu. 
- Halo rajdowcu zwolnij bo nas zabijesz.- Steve. 
- Jeszcze nikt nie zginął kiedy ja prowadziłam.- ja. 
- Już nic nie mówię.- Rogers. W siedzibie T.A.R.C.Z.Y zapakowali nas do śmiegłowca i zaczęli nam wyjaśniać przejęcie jakiegoś statku TARCZY. 
- Ja i Jais uwalniamy zakładników.- mówię. 
- A jak wam sie cos stanie? Ci dranie są uzbrojeni.- Steve. 
- My też.- wyjęłam zza paska broń i zrobiłam sie niewidzialna. Jais poszła w moje ślady. 
- Uważaj na siebie.- Steve całuje mnie w czoło i wyskakuje ze śmigłowca. 
- A on miał spadochron?- ktoś zapytał. Uśmiechnęłam sie. 
- Oczywiscie, że nie.- ja. Teleportowalam sie na statek. Dosyc szybko pokonaliśmy oprawców i uwolnilismy zakladnikow. 
- Zostańcie tutaj my sprawdzimy resztę statku. - Jais. Wychodzimy i znow robimy się niewidzialne. Wychodzimy na główny pokład. Wszystko jest w porządku i odzyskaliśmy statek. Szczęśliwie wracamy do domu. 
- Hej Steve.- Sharon.
- No tobie to chyba życie niemiłe.- ja. 
- Hej Sharon.- Steve.
- Twoja dziewczyna mi dziś groziła.- Sharon się poskarżyła. Pokazałam Rogersowi scenkę z dzisiaj w jego głowie. 
- Widziałaś swoją minę jak Avie zapaliły się ręce?- zaśmiał się Steve. 
- Dla ciebie jest to śmieszne?- Sharon.
- Nie no co ty.- Steve. 
- Nie ważne. Zostawiłeś chyba włączone radio.- Sharon. Spojrzeliśmy na siebie. Sharon sobie poszła. 
- Ja nie mam radia.- Steve otworzył drzwi i powoli wszedł do srodka. Szlam zaraz za nim. W salonie siedział Fury. 
- Fury co ty tutaj robisz?- Spytał Steve. 
- Mam problemy małżeńskie. Nie miałem gdzie się podziać.- Nick pokazał nam wiadomosc w telefonie. "Wszędzie są podsłuchy. TARCZA rozpracowana." 
- Ktoś jeszcze wie o żonie?- Pyta ostrożnie Steve. Kolejna wiadomosc "Wy i Ja." 
- Tylko najbliżsi przyjaciele.- Fury. Na chwile zapada miedzy nami cisza. Kolejny dźwięk jaki słychac to strzał. Fury pada na podłogę. 
- Weź go do lekarza, a ja pojde za sprawca.- Steve wybiega z mieszkania wybijając okno. 
- Weź mnie do TARCZY.- Fury. Nie wiedziałam co ten dziad kombinuje, ale mu zaufałam. Teleportowalam nas do tarczy i odrazu zaczęli reanimować i operować Nicka. Staliśmy przed wielką szybą i Patrzeliśmy jak Nick odchodzi. Steve przytulił mnie. 
- Przed śmiercią Fury dał mi to.- szepcze i dyskretnie pokazuje mi pendrive. 
- Rogers, Bliźniaczki i Zayn pójdą ze mną. - jakiś koleś. 
- Nie potrafię kłamać. - Steve wsunął mi w dłoń pendrive. Stanęłam przed Stevem. 
- Obejmij mnie. - Mowie. 
- Teraz?- Steve. 
- Tak.- Ja. Steve przytula mnie, a ja wsuwam pendrive w stanik. 
- Chodźcie juz gołąbeczki.- Koleś
- A co ty taki niecierpliwy?- mowie i ide ze Stevem za kolesiem. Siadamy w gabinecie Pierca. 
- Fury przed śmiercią zabezpieczył wszystkie dane na pendrive. Zastanawiam sie czy któreś z was nie zostało nim obdarowane. - Pierce. 
- Jak to? Jakie dane zabezpieczył? Myślałam ze tarcza nie ma nic do ukrycia.- ja
- Tarcza nie, ale Fury miał. - Pierce
- Co chciał ukryć?- pytam
- W TARCZY są ludzie z Hydry. Chcą odżywić Hydrę. To źli ludzie. Steve może ty go masz. - Pierce. Wybuchnęłam śmiechem. 
- On nawet nie wie co to pendrive.- zaśmiałam sie. 
- Czy to jest to z ekranem i klawiaturą, takie cienkie co ma jabłko ugryzione?- pyta Steve
- Nie skarbie to jest MacBook.- Ja
- A może to okrągłe i płaskie?- Steve
- Nie. To płyta.- Jais
- To ja już nie wiem co.- Steve świetnie grał. 
- W takim razie zostawię was w spokoju. - Pierce. Kiedy wyszliśmy z jego gabinetu spojrzalysmy po sobie z Jaisnavi. 
- Pierce chce nas zabić.- mowie. 
- Jak to?- Zayn. 
- Twierdzi, że klamiemy i wszystkie wojska na nas wyśle. Jesli wyjdziemy z tego budynku żywi to będzie cud. - Jaisnavi. 
- Ja pojadę windą. - Steve. 
- No chyba Oszalałeś.- ja
- Pierce nie zna waszych mocy i nie może ich poznać. Musimy wyjść z tego budynku w normalny sposob.- Zayn. 
- Prędzej nas zabiją. Bez naszych mocy jesteśmy bezbronne.- ja
- Ja i Ava pojedziemy windą. Wy idźcie w jakieś ustronne miejsce, bez kamer i teleportujcie sie na dół, a pózniej wyjdźcie z budynku w normalny sposob. - Steve
- Przed budynkiem stoi moje Audi. Weźcie je.- Mowie do Jais i rzucam jej kluczyki. 
- Zobaczymy sie jeszcze.- Powiedziała Jais, ale mocno mnie przytuliła i poszła z Zaynem. Ja i Steve poszliśmy do windy. Za nami wsiadło ok 10 uzbrojonych żołnierzy. A na kolejnym piętrze kolejnych 5. 
- Zaczynamy czy ktoś chce wysiąść?- spytał Steve. Długo nie czekał na rozpoczecie bitwy. Stanęłam z boku przestraszona widząc jak krzywdzą mojego chłopaka jednak on nie był im dłużny. Zamknęłam oczy i skupiłam sie w kącie windy. 
- Maleńka już po wszystkim. Musimy sie stad wydostać.- Steve głaskał mnie po włosach. Otworzyłam oczy i mocno się w niego wtuliłam. 
- Tak sie boje.- mowie. 
- Ze mną nic ci nie grozi. - Steve. Wstałam. 
- Jak chcemy stąd wyjść? Jak tylko otworzą się drzwi wyskoczy milion żołnierzy i beda chcieli nas zabić. - ja
- Proste. Zjedziemy jak najniżej, a pózniej wyskoczymy.- Steve. Winda zjechała bardzo nisko, ale ktoś ją zablokował. Wisiala teraz jakieś 5 metrów nad ziemią. 
- Gotowa?- pyta Steve.
- Nigdy nie będę, wiec po prostu skaczmy.- ja. Steve wybił szklana ścianę i wyskoczyliśmy. Kiedy upadłam na ziemie czułam się strasznie. Miałam wrażenie ze zlamalam wszystkie kości. Podniosłam sie i pobieglismy do garażu gdzie był motor Steve. Wyjechaliśmy z garażu. Zdążyliśmy uciec. Zatrzymaliśmy się w jakiejś uliczce. 
- Cóż Jais?- pytam
- Potrafisz się z nią komunikować? No wiesz tak myślami.- Steve
- Zależy na jaką odległość. - mówię. Siadam na brudnej ziemi i mocno się skupiam. 
- Jaisnavi.- ja. 
- Ava!- słyszę jej głos w swojej głowie.
- Nic wam nie jest?- pytam w myślach. 
- Nie. Jesteśmy bezpieczni, a wy?- Jais
- Powiedzmy, że tak. Musimy gdzieś odtworzyć plik z pendrive.- ja
- To wy go macie?- Jais
- Tak mamy go. - ja
- Spotkajmy się w centrum przy sklepie Apple za piętnaście minut. Tylko jakiś kamuflaż czy cos.- Jais
- Jasne.- podnosze się z ziemi. 
- I co?- Steve
- Są bezpieczni. Musimy odczytać dane z pendrive. Musimy wymyślić jakiś kamuflaż.- ja. 
- Moze po prostu zmieńmy ubrania.- Steve. W końcu ja zakładam na siebie jeansy, top, bluzę z kapturem i okulary przeciwsłoneczne. Steve ubiera to samo co ja, ale dodatkowo zakłada czapkę i okulary. Idziemy pieszo do centrum. Pod sklepem czeka już Jais i Zayn. 
- Pendrive ma system naprowadzający. Mamy jakieś 15 minut od teraz.- powiedziałam i włożyłam pendrive w jeden z laptopów. Jais i ja rozgryzaliśmy to, ale się nie dało. Zdołaliśmy tylko ustalić gdzie powstał plik. Szybko wyjęłam pendrive.
- Musimy się rozdzielić.- mowie. 
- Bądźmy na łączu.- Jais postukała się w skroń. 
- Obejmij mnie.- Rzuciłam. Steve przytulił mnie. Pochyliliśmy się i zaczęliśmy śmiać kiedy dwóch żołnierzy obok nas przechodziło. Weszłam w korytarzy prowadzący do toalet. Wciągnęłęm Steve do środka i teleportowalam nas przed centrum handlowe. Tam było dwóch żołnierzy. Odbijałam pociski, a pózniej wyrzuciłam broń z ich rąk. Steve zaczął sie z nimi bić. Doszedł jeszcze jeden strażnik, którym ja się Zajęłam. Najpierw pozbawiam go broni. Przeniosłam sie za jego plecy po czym skręciłam mu kark. 
- Avalone. Szybko.- Steve chwycił moja dłoń i bieglismy przed siebie. 
- Hej bohaterze daj mi chwile odpocząć. Raczej mało ćwiczę.- mówię. 
- Co jest? - Steve podchodzi do mnie. Zdejmuje moją dłoń z mojego brzucha. 
- Postrzelili cię.- Steve. 
- Nic się nie dzieje.- ja. 
- Chodźmy. - Steve zaprowadził mnie pod jakiś dom. Otworzył czarnoskóry mężczyzna. 
- Co jest?- Spytał. 
- Musimy się gdzieś ukryć.- Steve. To był mezczyzna z parku. Kiedy odbierałam Steve. 
- Wchodźcie.- Mezczyzna wpuścił nas do domu. Steve kazał położyć mi się na kanapie. Czarny mezczyzna przyniósł ręczniki i opatrunki. Steve założył białe rękawiczki. 
- Musze wyjąć pocisk. - Steve
- Już przywykłam do wyjmowania pocisków z mojego ciała.- zacisnęłam zęby. Rogers wyjął pocisk i zrobił opatrunek. 
- Twarda kobieta. - Steve. 
- Siedem blizn postrzalowych. Z tą osiem.- ja. 
- Możecie korzystać z łazienki czy czego potrzebujecie. Zrobię śniadanie. - Mezczyzna. Podniosłam się z kanapy. 
- Jestem Avalone.- Podaję mu rękę. 
- Sam. - mężczyzna uśmiecha sie.

środa, 13 maja 2015

10. Kebab for life

*Avalone P.O.V*
Zobaczyłam jak Loki ucieka. Pobiegłam w jego stronę. 
- Dalej nie pobiegniesz.- mówię. Skierował w moją stronę swoją łaskę. Odrzuciłam ją moją mocą. 
- Nie ma mowy. Albo uczciwie walczymy albo skończę z tobą od razu.- mówię. 
- Cofni się Avalone. To jest bitwa między mną, a nim. Idź pomóc reszcie.- Thor
- Dobrze moja mała blondyneczko.- klepie go po ramieniu i teleportuje sie na ziemie. 
- Siemka.- usmiecham sie do Hulka i zaczynam bić sie z kosmitami. Przy mojej mocy jest do dosyc łatwe, ale kiedy kilku naraz zaczyna na mnie napierać robi się nieciekawie. Jeden z nich strzela we mnie, ale w ułamku sekundy pojawia się Rogers i zasłania mnie tarczą. 
- Nie musiałeś tego robić.- mowie szorstko.
- Musiałem. - odpowiada.
- Zostawcie kłótnie małżeńskie na pózniej. - Hawkeye. Odwrocilam się i znów zaczęłam kopać tyłki kosmitów. 
- Gdzie jest Jais?- pytam. 
- Nikt jej nie widział.- odpowiada Romanov. 
- Idę ja znaleźć.- oznajmiam
- Pewnie stchorzyła i uciekła.- Stark.
- Ostatnią rzeczą jaka mogłaby zrobic to ucieczka. - mowie i biegnę w stronę prostopadłej ulicy. Po drodze zmagam się z kilkoma kosmitami. Widzę Starka, który leci w stronę portalu i widzę Zayna i Jais leżących na ulicy. Kogo mam ratować? Biegnę w stronę Jaisnavi. Klękam obok jej ciała. 
- Jais.- szturcham ją. 
- Ona oddała za mnie życie.- Zayn. 
- Ona nie moze... JAIS OBUDŹ SIE!- krzycze. 
- To nie ma sensu.- Zayn. 
- MA! ONA NIE MOŻE UMRZEĆ!- w moich oczach pojawiają sie łzy. Przykładam jedną rękę do jej policzka, a drugą do rany na ramieniu. Koncentruje się, ale nic sie nie dzieje. 
- Jest już za późno. - Zayn. 
- Zamknij sie! Ona musi żyć!- jeszcze bardziej koncentruję się na organiźmie Jais. Nic sie nie dzieje. Zaczynam jeszcze bardziej płakać. Portal na niebie sie zamyka, a Stark spada na ziemie. 
- JAIS!!!- krzyczę i porażam ją prądem. Jej serce zaczyna bić, a ona otwiera oczy. 
- Przestań się drzeć. Pospać człowiekowi nie dadzą.- jęczy Jaisnavi. 
- Ty żyjesz.- mówię i przytulam siostrę. 
- Żyję, ale jakbyś mogła...- siostra odkrywa ranę na brzuchu. Przykładam do niej rękę i rana się goi. Moc Jais polega na przekazywaniu komuś swojej energi życiowej aby on mógł przeżyć. Moja polega na gojeniu ran. Nie potrafię przywrócić życia nawet swoim kosztem. 
- Ona żyje.- Zayn odetchnął z ulgą. 
- Zayn też jest zraniony. Możesz mu pomoc?- pyta Jaisnavi.
- Jasne.- usmiecham się do siostry. Chwytam rękę Zayna i wszystkie jego rany znikają. 
- Zajmij się nią pójdę poszukać reszty.- Mówię i biegnę na ulicę, na której zostawiłam resztę. 
- Widziałem fajną knajpkę niedaleko, mają pysznego kebaba, polecam.- Stark. 
- Ten jak zwykle o kebabie.- śmieję się. 
- Gdzie jest Steve?- spytała Nat.
- Nie wiem.- Thor. Skupiłam sie na otoczeniu. Steve był trzysta metrów dalej. Teleportowalam sie tam. Leżał na ziemi zraniony. 
- Ty idioto. - mowie do niego padam obok niego na kolana. 
- Tak to już powoli staje się moją specializacją.- Steve.
- Może zaboleć.- ostrzegam i wyjmuję z jego ramienia pocisk. Kładę rękę na ramieniu i rana zaczyna się goić. Steve otwiera zmęczone oczy. Ujmuję dłonią jego twarz i przejeżdżam kciukiem po policzku. Siniak, który na nim był od razu znika. 
- Dziękuję.- Steve
- To ja dziękuję. Uratowałeś mi życie.- ja
- Moim obowiązkiem jest ratowanie twojego życia. - Steve
- Idiota.- uśmiecham się.
- Wciąż się uczę.- Steve dźwignął sie na łokciach. 
- Leży idioto bo jestes wyczerpany!- ja
- Kiedy ja chciałem cos zrobić. Tylko moge nie byc w tym dobry.- Steve podniósł sie i musnął moje usta. Przedłużylam pocałunek. 
- Musimy nad tym popracować.- usmiecham się i opieram czoło o jego czoło.
- Praktyka czyni mistrza.- Steve podniósł sie z ziemi i poszliśmy sprawdzić co z resztą. 
- Steve idioto! Ty żyjesz!- Natasha. 
- Nie nazywaj mnie idiotą- Steve puścił mi oczko.
- Jesteś idiotą! - Nat
- Czy ktoś może zainteresować sie Tonym?- Stark nie miał na sobie juz zbroji i był ostro pokaleczony. Położyłam dłoń na jego głowie i wszystkie rany zaczęły znikać. 
- Dzieki Ava.- Stark.
- Spoko Tony.- Ja. 
- To co idziemy na kebaba?- pyta Jais, która właśnie przykuśtykała do nas. 
- Chodźmy.- usmiecham się. 






poniedziałek, 11 maja 2015

9. You save my life...

Długo minęło zanim dotarły do mnie słowa Avalone. Że ona kocha Rogersa tak? O bracie... Ubrałam się w ten pieprzony kombinezon, żeby Fury się nie pluł. Wyszłam z pokoju i przeszłam do pomieszczenia, gdzie byli już wszyscy Avengersi.
- Więc mamy Lokiego. Wypowiedział nam wojnę, dlatego musimy być zwarci i gotowi. Może w każdej chwili zaatakować. Wielkie dzięki dla bliźniaczek, które nam znacznie pomogły w pracy. - mówił Fury.
- Chcemy  podwyżkę. - odezwałam się.
- Słucham? - zdziwił się Murzyn.
- Nie pomogłyśmy wam w pracy, tylko odwaliłyśmy znaczną część. Jaisnavi opracowała na jakiej zasadzie pracuje ta dzida tego czuba, jak można ją wykorzystać przeciwko niemu itp., a ja znalazłam Lokiego i obmyśliłam plan działania. - powiedziała Avalone.
- A co robiła reszta ekipy? - spytał Nicolas.
- Stark jadł borówki i zeżarł wszystkie! - powiedziałam oburzona.
- Banner obserwował, jak co się robi. - dodała Ava.
- Barton siedział na strychu. - mruknęłam.
- Harry siedział w pokoju. - Ava.
- Zayn opracowywał nowe sposoby ataku swoimi mocami. - ja.
- Rogers rozwalał worki. - Ava.
- Thora gdzieś wcięło. -ja.
- A co z agentką Romanov nikt nie wie. - Ava.
 Zaczęliśmy się szykować. Chwilę później znaleźliśmy się w Stark Tower. Loki już tu był. W ułamku sekundy wszyscy zaczęli się bić. Nie pamiętam nic z tej bitwy. Ostatnie co pamiętam to upadłam. 
- Jai, obudź się do cholery. - usłyszałam klnięcie.
- Zayn! - pisnęłam unosząc się.
- Zadziałało! - krzyknął i mnie przytulił.
- Co zadziałało? - spytałam.
- Moja nowa moc. - cmoknął mnie w czoło. - Jak się czujesz?
- Nigdy nie czułam się lepiej. - uśmiechnęłam się. - Idziemy walczyć.
- Masz siłę? - zdziwił się.
- Jasne! Chodź! - pociągnęłam go za rękę na dwór. 
Pokonaliśmy kilku kosmitów, aż nagle zamurowało mnie.
- Brad?! - zdziwłam się.
- Hej skarbie. - uśmiechnął się krzywo.
- Myślałaś, że to zwykły chłopak czyż nie? Jaisnavi? Otóż nie! On zechciał pracować dla mnie... Z własnej woli. Rozumiesz to? Nie musiałem go zmuszać! Bradley, zgładź ją. Niech cierpi. - mówił Loki.
- Nie doczekanie twoje, Loki! - syknął Zayn.
Mulat użył na Bradzie toksyn i innych jego mocy, przez co umarł. Zaczął bić Lokiego, aż padł. 
- Przesadziłeś. - warknęłam i sama zaczęłam się bić. 
W końcu też padłam, a Loki zwiał. Dotknęłam dłoni Zayna i przekazałam mu resztki swojej energii życiowej.
- Uratowałaś mnie. - powiedział. - Jai...
- Jak jak ty mnie. - i padłam.

niedziela, 10 maja 2015

8. Get away! Get back!

*Avalone P.O.V*
Nie czułam się dobrze w latającej puszce. Jednak kiedy Jais wygadała się o moich zdolnościach informatycznych zaprzęgli mnie do pracy z Bannerem nad algorytmem, który naprowadzał nas na sześcian. Szłam korytarzem do laboratorium, w którym pracował Banner. Usłyszałam jakieś głosy. Zrobiłam się niewidzialna i podeszłam bliżej żeby lepiej słyszeć. To był Steve i Natasha.
- Co jest między tobą i Avalone?- spytała
- Coś co nie powinno cię obchodzić. - Steve.
- A jednak mnie obchodzi. - Natasha
- Nie powinno.- Rogers
- Przestań Steve. Ona jest zwykłą gówniarą. Ile ty masz lat?- pyta
- Dla niej się to nie liczy. - powiedział Steve najwyraźniej zdenerwowany.
- Ale kiedyś zacznie i co wtedy? - Natasha.
- Nic. Życie będzie leciało dalej. - Steve.
- Steve. Nie możesz nic do niej czuć. - Romanov
- A jednak, a co zazdrosna?- Warknął Rogers.
- Dobrze wiesz, że nie. Martwię się. - Natasha
- To idź martw się o własne życie. - powiedział jeszcze bardziej wkurzony. Adrenalina mu się podniosła, a serce waliło mu bardzo szybko.
- Tak zrobię! - Natasha wkurzona poszła w drugą stronę korytarza. Podeszłam do Steve nadal będąc niewidzialna.
- No już. Pokaż się. Wiem, że tu jesteś. - powiedział spokojnie i się uśmiechnął. Stałam się widzialna.
- Cześć.- uśmiecham się.
- Jak długo tu stałaś?- spytał.
- Wystarczająco długo. - odpowiadam i kładę dłoń na jego klatce piersiowej uspokajając jego serce. Spojrzał na moją dłoń. Swoją położył na moją i wziął ją z klatki piersiowej.
- Nie rób tego więcej. - Steve.
- Chciałam tylko pomóc. - mówię. 
- Musisz już iść. - powiedział. Zabolało.
- Tak. Masz rację. - odpowiadam obojętnie i odchodzę.
- Ava. - Steve. W moich oczach są już łzy. Odwracam się.
- Co?- pytam.
- To nie miało tak być.- Rogers
- Ale tak jest i to przez ciebie. - mówię i odchodzę. Idę prosto do laboratorium Bannera. Zamykam drzwi za sobą. To boli. Bardzo. Dlaczego pozwoliłam sobie dla niego upaść? Przez 19 lat żyłam sama. Bez nikogo, a teraz? Teraz jak już okazałam jakieś uczucie to nagle wszystko się zjebało.
- Wszystko w porządku? - spytał Banner.
- Tak. Ja tylko źle się poczułam. - mówię i podchodzę do dotykowego ekranu. Ocieram kilka łez i włączam program. 
- No więc co do algorytmu...- Banner.
- Nic nie mów. Daj się skupić człowiekowi bo swoich myśli nie słyszę. - powiedziałam.. Po piętnastu minutach mam gotowy algorytm.
- Coś jeszcze?- pytam. Banner podchodzi do komputera. 
- Jak ty to?- Banner.
- Wystarczy się skupić i mieć odpowiedni zasób wiedzy. - Rzuciłam i teleportowałam się na salę treningów. Założylam rękawice i zaczęłam walić w worek dziesięć razy większy odemnie. 
- Znów się tu spotykamy.- Harry.
- Najwidoczniej oboje cierpimy na bezsenność i lubimy sie bić.- warczę nadal waląc w worek.
- Co ci zrobił ten worek? Walisz w niego jakby conajmniej zabił ci rodziców. Cieszę się, że nie jestem na jego miejscu.- Harry pokręcił głową. 
- Sorry, ale nie mam nastroju na żarty.- powiedziałam i walnęłam w worek tak mocno iż zerwała się metalowa uprząż trymająca worek w powietrzu i spadł na ziemię. 
- Coś się stało?- pyta brunet.
- Mam ochotę iść do jakiegoś baru i się uchlać, ale ja się nie mogę uchlać. Poza tym kogo obchodzi co ja chce? Mam po prostu robić co każą.- narzekam
- Tak. Życie jest do dupy. Zabijmy się wszyscy.- Harry. 
- Przepraszam. Ostatnio zbyt często zdarza mi się wybuchać gniewem. Mam tylko nadzieję, że któregoś razu nie zmienię się w Hulka jak Banner.- śmieję się. 
- To byłoby ciekawe doświadczenie.- przyznaje Harry. 
- Czasem to lubię. Wiesz te moce. Bycie superbohaterem, ale jest taki czas kiedy mam ochotę usiąść w kącie i płakać. - ja
- Avalone płakać? No chciałbym to zobaczyć.- Harry.
- Juz raz dzisiaj płakałam. Wystarczy na kolejny rok.- ja
- Dlaczego płakałaś?- Harry 
- Oficialna wersja jest taka, że kroiłam cebulę.- ja
- A nieoficjalna? - Harry
- Nieoficialną znam tylko ja.-' i Steve' dodałam w domyśle. 
- Nie będę naciskał, ale jak będziesz chciała porozmawiać o tej cebuli wiesz gdzie mnie szukać.- Harry.
- Dzięki.- rzucam i wychodzę z sali. Idę korytarzem przed siebie. Dochodzę do drzwi Starka. Pukam i wchodzę. Stark leżał na imitacji łóżka i spał. Szturchnęłam go butem. 
- Czego chcesz Ava?- spytał wpół śpiąc. 
- Potrzebuję z kimś porozmawiać.- ja
- Nie możesz iść do swojego klona? - Tony.
- Ona nie zrozumie.- mówię.
- Wal się i pozwól mi spać.- Stark wyrzucił mnie ze swojego pokoju. Wróciłam do pokoju mojego i siostry. Szturchnęłam Jais
- Możemy pogadać?- pytam
- Tak teraz? - pyta śpiąc.
- Tak.- ja
- Mhym.- Siostra. Uznałam to za tak.
- Ja chyba kocham Rogersa.- mówię.
- Oh cudownie. Wyprawiam wam ślub w Białym Domu.- mruknęła pod nosem i przekręciła się na drugi bok mocniej zakrywającą kołdrą. Położyłam się na swoim łóżku. Zamknęłam oczy. Jeden oddech, drugi oddech, trzeci, czwarty, piąty, szósty, siódmy, ósmy, dziewiąty, a gdzie jest dziesiąty? Nie ma dziesiątego oddechu. 

7. I don't trust him.

*Jaisnavi's P.O.V.*
- Latające puszki ssą. - powiedziałam.
- Przyzwyczaisz się. - mruknął Harry i ominął mnie.
- Mają fajne laboratoria, to trzeba przyznać... - powiedział Stark. 
- Przekupiłeś mnie. - zaśmiałam się, a Tony się zatrzymał.
- Co? Niemożliwe, że lubisz naukę! - zdziwił się.
- Mówisz do specjalistki w dziedzinie mutacji chemiczno-biologicznej. Miło mi. - uśmiechnęłam się fałszywie.
- Mutacja chemiczno-biologiczna? Wow. To jest coś... Od kiedy ty się tym zajmujesz? - podszedł do nas Banner.
- Odkąd odkryłam, że zmieniam się w kogo chcę, a nie tylko jedną postać. Później weszło jeszcze przechwytywanie informacji o osobniku, oraz zapamiętywanie jego umiejętności i zaczęłam bawić się chemikaliami. - wzruszyłam ramionami
- A Ava? - spytał Stark.
- Spec w dziedzinie informatyki i typowa z niej humanistka. - odparłam.
Banner ze Starkiem pokazali mi laboratorium. Było ogromne! 
- Byłabyś w stanie opracować co konkretnie znajduje się w serum, które zmieniło Rogersa z zera w bohatera? - spytał Stark.
- Jeśli miałabym, albo serum, albo krew Rogersa. Nie umiecie tego zrobić? - zdziwiłam się siadając na blacie. Chwyciłam za paczkę z borówkami i zaczęłam je jeść. - Borówkę?
- Daj to. Właśnie problem jest w tym, że nie mamy serum, a krew Rogersa zamaskowała je, albo serum już wyparowało. - powiedział Banner.
- Ale z was cioty. Wykryję to. - odparłam. 
Przyszedł Rogers jak na zawołanie.
- Znów robicie ze mnie królika doświadczalnego? - spytał.
- Jaisnavi wykryje co to było za serum. Jedynie co podejrzewamy, to to, że mogło zawierać jakiś procent sześcianu. - powiedział Banner.
- Tesserakt? Wow. Chodź Steve. - Wzięłam potrzebne mi ręce.
- Woah! Czekaj! Co ty chcesz zrobić? - spytał
- Pobiorę ci trochę krwi, nic więcej. - Ukułam go w odpowiednim miejscu i czekałam aż probówka zaleje się krwią Rogersa.
Wylałam trochę na szkiełko i zajrzałam pod mikroskop. Czysta krew.
- Kto przeprowadził na tobie te badania? - spytałam.
- No jasne! Przechwytujesz umiejętności i informacje o osobniku! - wykrzyknął Banner.
- Po co wam to jego serum? - zadałam następne pytanie.
- Myślimy, że Loki ma to serum w tej jego lasce. Na pewno ma tesserakt, ale sam tesserakt nie może zmienić kogoś w mięśniaka. - Stark.
- Nie wiem na jakiego chuja wam to, ale okay. - zaczęłam opracowywać wszystko po kolei.
Wyniki dałam im.
- Serum zmutowało komórki Rogersa, dlatego, hm... Urósł. Tak. W serum znajduje się odrobina tesseraktu, ale na prawdę to malutki procent, bo zaledwie 0.127%. To praktycznie nic, a powiem tak. Jeszcze 0.003% tesseraktu a byś martwy. W kijku Lokiego jest 89% mocy tesseraktu. Wystarczająco dużo, żeby kogoś zabić, sprawić, by wyparował... 100% zawiera sam sześcian i jeśli Loki go posiądzie, może zlikwidować całą kulę ziemską. Proste i logiczne, chłopcy. - wyszłam z laboratorium.
Przeteleportowałam się na jakiś plac w Londynie. Było dużo ludzi, dlatego łatwiej było mi się ukryć. Upadłam.
- Cholera! - przeklęłam.
- Przepraszam cię... Nic ci nie jest? - jakiś szatyn wyciągnął do mnie rękę
- Nic. - odparłam.
- Jestem Brad. - uśmiechnął się do mnie.
- Jai. - odparłam.
- Dasz się zaprosić na shake'a w ramach przeprosin? - spytał.
- Nie. Muszę iść. - wyminęłam go, ale chwycił mnie za rękę
- Może jednak? Wiem, że się nie spieszysz. - powiedział.
- W porządku. - mruknęłam.
Poszliśmy z Bradem do Milkshake City. Na prawdę miło mi zleciał dzień, ale czas było wracać. Pożegnałam się z nowo poznanym kolegą i wróciłam do latającej siedziby T.A.R.C.Z.Y. Weszłam do pokoju. Avalone leżała na łóżku i czytała książkę.
- Nie ufam mu. - powiedziała nie odrywając wzroku od książki?
- Jakiemuś bohaterowi z książki? - zdziwiłam się.
- Nie. Bradowi. Chce ciebie tylko wyruchać i rzucić. - odparła.
- Szpiegowałaś mnie?! - wykrzyknęłam.
- Zniknęłaś, to chciałam sprawdzić co się z tobą dzieje... - mruknęła.
- Kto ci to powiedział? - spytałam. - Bo nie sądzę, że miałaś tak podzielną uwagę, skoro byłaś na treningu z Bartonem.
- Zayn cię szukał, a Steve tylko powiedział, że wyszłaś z laboratorium. - wzruszyła ramionami. - Jak już mówiłam. Nie ufam Bradowi i ty też nie powinnaś.
- A komu powinnam ufać? Tak oprócz ciebie. Komu, Avalone? - spytałam. - Rodzicom? Przyjaciołom? Czekaj! Oprócz siebie nikogo nie mamy.
- Zaynowi, chociażby...

piątek, 8 maja 2015

6. I'm loyal to nothing

Od kilku dni unikałam Harrego. Nie chciałam go spotkać. Od jakiegoś czasu trenowałam łucznictwo z Hawkeye. Nawet dobrze mi szło. Popołudniami siadywalam na dachu i wpatrywałam sie w zachodzące słońce. Tak jak teraz. Siedziałam bezczynnie otulając kolana ramionami. Było chłodno, ale liczyłam się tylko ja, moje myśli i zachód. 
- Pomyślałem, że przyda ci się towarzystwo.- Rogers. 
- Spocznij żołnierzu. Daję radę sama.- usmiecham sie. Mimo wszystko Steve siada obok mnie. 
- Piękny zachód. Tylko czasem ciężko na niego patrzeć wiedząc, że przyniesie ciemną pustkę rozświetloną Jedynie kilkoma gwiazdami.- Steve.
- Dobrze powiedziane. - ja
- To troche jak z życiem. Nie sądzisz?- Rogers
- Ay, Ay Kapitanie.-ja
- Przestań. Jestem po prostu Steve.- Rogers. Przez chwilę siedzieliśmy w ciszy patrząc na piękny horyzont. 
- Masz rację Steve.- ja
- Z zachodem?- pyta
- Tak. Najpierw mamy wszystko, jest pięknie i jasno, wszystko układa się idealnie, ale powoli się kończy i nastaje noc, czyli zostajemy bez niczego. - ja. 
- Nie o to mi chodziło. Chodziło mi o to, że nawet po najlepszym dniu nadejdzie chwila załamania jaką jest noc, ale jak przetrwasz noc to znów pojawi sie słońce.- Steve
- Co ja wiem o życiu? Mam dopiero 19 lat.- ja.
- Wiesz więcej niż ci się wydaje. Ja mam już jakieś 96.- Steve.
- A ile przeżyłeś w świadomości? - pytam
- Jakieś 26. - Steve
- To nie jesteś az tak bardzo stary.- śmieję się.
- Dzięki. Bo to był komplement tak?- Steve.
- Tak był.- ja
- Zimno trochę. Nie chcesz wejść do środka?- Rogers 
- Nie dzięki. Posiedzę tu jeszcze chwilę.- ja
- To ja zostaje z tobą.- mówi. Zdejmuje kurtkę i narzuca ją na mnie. 
- Dziękuję.- ja
- Tobie sie bardziej przyda niż mi. Trzęsiesz się jakbyś miała napad padaczki. - Zaśmiał się Steve
- Pan Ameryka potrafi żartować. - powiedziałam zdziwiona. 
- Może spotkajmy się tutaj nad ranem jak będzie wschód. Popatrzymyjak nasze życie sie rozjaśnia. - Steve. Przysunęłam się bliżej niego. Położyłam głowę na jego ramieniu.
- Może zostańmy tutaj aż do wschodu?- mówię. Steve był zszokowany moją bezpośrednią postawą. Po chwili jednak objął mnie ramieniem. 
- Zostańmy tutaj.- potwierdza Steve i opiera głowę o moją. Każdy czasem potrzebuje bliskości drugiej osoby. Dlaczego byłam w stanie odrzucić Harrego, a Rogersa nie? Dlaczego nagle poczułam potrzebę bliskości? Steve był jedną z osób, która może być wszędzie, z kim chce, a był teraz ze mną i przytulał mnie opowiadając historie z wojny i o tym jak serum na niego wpłynęło. Rozmawialiśmy tak do rana. Do wschodu słońca. 
- No i rozjaśniło się nasze życie.- uśmiecham się.
- Wystarczyło przetrwać noc. To nie było takie trudne prawda?- zapytał. 
- Z tobą wszystko wydaje się być łatwe.- odpowiadam. Od tamtej nocy codziennie spotykaliśmy się na dachu aby podziwiać zachody i wschody. Mi nie robiło to różnicy, ale Steve często chodził niewyspany i przysypiał na spotkaniach. Jednak uparcie twierdził, że wszystko jest dobrze. Miałam jednak chytry plan jak zmusić go do tego żeby w końcu położył sie na troche. Tamtego popołudnia ułożyłam na dachu koc i milion poduszek. Usiadłam na nim i czekałam na Kapitana Amerykę. 
- Cóż to takiego?- pyta kiedy wchodzi na dach. 
- Dziś dla odmiany położymy się i pooglądamy gwiazdy. - uśmiecham się.
- Gwiazdy to są te osoby, które rozświetlają ten trudny czas w naszym życiu. - Steve.
- Więc dziś im poświęcimy torchę uwagi.- ja. 
- Dobrze. Kiedy będzie zmrok?- pyta
- Za kwadrans zacznie robić się ciemno.- ja. Steve położył się na kocu, a ja obok niego. Wtuliłam się w jego klatkę piersiową. 
- Nie musisz tutaj ze mną być. Po co to robisz?- spytałam wodząc palcami po jego wyrzeźbionym brzuchu. 
- Bo chcę Ava. Lubię być z tobą. Można z tobą porozmawiać o czymś konkretnym lub  pobyć w milczeniu. Nie ma to znaczenia bo po prostu jest cudownie. - Steve. 
- Ja też bardzo lubię z tobą być.- mówię.
- Patrz tam jest wielki wóz, a tam mały wóz.- Steve zaczął pokazywać różne gwiazdy. Położyłam dłoń na jego brzuchu i skupiłam się na jego organiźmie. Stopniowo wyrównałam bicie jego serca i powoli sprawiłam, że stał się senny. Chwilę później z moją malutką pomocą spał jak małe dziecko. Leżałam wtulona w niego i mnie udało się na chwilę zmróżyć oczy.  Obudziłam się kiedy poczułam, że ktoś dotyka moje włosy. Leżałam objęta przez Steva i patrzyłam jak bawił się kosmykiem moich włosów. 
- Jak długo nie śpisz?- pytam
- Chwilę. - Rogers. 
- Dobrze się spało?- pytam
- O dziwo dobrze. Jakaś małpka przyczepila się do mnie i nie dość, że swoimi mocami zmanipulowała mnie abym zasnął to jeszcze całą noc mnie przytulała.- Steve
- Ale z niej szczęściara.- śmieję się. 
- Dziękuje. Potrzebowałem troche snu, ale nie chciałem cie zostawiać tutaj samej.- Steve
- Ja nie potrzebuję snu, ale spać mogę, więc umówmy się, że będę sypiać tyle ile ty. Poza tym każdego wschodu nie możemy razem zobaczyć.- Mówię i podnoszę się. 
- Umowa stoi. - Steve też wstał. Wzięłam koc, owinęłam się nim i weszłam do budynku. Poszłam do pokoju siostry i mojego. Weszłam do środka. 
- Ava, a może tak ciszej? Niektórzy śpią o tej godzinie?!- siostra z grymasem rzuciła we mnie poduszką. Podniosłam poduchę i odłożyłam na moje łóżko. Poszłam pod prysznic i pierwszy raz od przyjazdu tutaj ubrałam sie w swoje ubrania, a nie te kombinezony, w które każą mi się ubierać. Zakładam jeansy, martensy i top. Narzucam na siebie swetr. Biorę torebkę i wychodzę z pokoju. 
- Gdzie ty lecisz huh?- Harry. 
- Na kebab. Ile można jeść jakieś dietetyczne gunwa?- mówię z grymasem. 
- Może skoczę z tobą?- Harry. 
- Umówiłam się już z Rogersem.- kłamię. 
- Ah. To smacznego.- Harry 
- Dzieki.- usmiecham sie i idę korytarzem. Wchodzę do pokoju Steva. 
- Masz ochotę skoczyć na miasto?- pytam.
- Jasne.- Steve. Schodzimy do garażu. Wsiadamy na motor Mr. Ameryka i wyjeżdżamy z budynku. Jedziemy do małej, skromnej restauracji na przedmieściach. Moim zamówieniem był kebab w picie. 
- Nareszcie normalne jedzenie.- jęczę kiedy dostaję swoje zamówienie. Jemy posiłek w ciszy. 
- Avalone.- Steve
- Tak?- podnoszę głowę, a Rogers wybucha śmiechem. 
- Ubrudziłaś się.- Steve chwyta serwetkę i wyciera moje usta. 
- Dziękuję, a co chciałeś?- pytam
- Czy między tobą, a Harrym coś jest?- pyta
- Tak. Gruby mur.- odpowiadam. 
- Ja pytam poważnie.- Steve. 
- A ja odpowiadam poważnie.- ja. Między nami znów zapadła cisza. Kontynuowałam jedzenie mojego kebaba. Podniosłam glowe, a Steve znow sie zaśmiał. 
- Znowu jestem brudna tak?- pytam
- Tak.- Steve
- Moja wina, że to jest takie dobre?- mówię i biorę ostatni gryz. 
- Chyba jeszcze nie widziałem w dzisiejszych czasach kobiety, która tyle je.- Steve
- Bo za twoich czasów to wszystkie tak jadły co?- pytam ironicznie. 
- Za moich czasów kobiety były w wojsku. Jadły to co było.- Steve
- To troche jak w T.A.R.C.Z.Y. Jesz to co ci dają, a później musisz w tajemnicy podjadać żeby sie najeść.- kręcę głową. 
- I nie martwisz się o swoją wagę jak 99.9% dziewczyn.- Steeve
- Ani troche. Jak komuś sie nie podoba moja dupa to niech spierdala.- uśmiecham się. 
- Dobre podejście.- Steve
- Wracamy? Napewno już wiedzą, że nas nie ma.- ja
- Jasne.- Rogers. Zapłaciliśmy za jedzenie i wyszliśmy. W T.A.R.C.Z.Y oczywiście byliśmy spóźnieni na spotkanie. 
- Sorry Fury byliśmy na kebabie.- ja
- I mnie nie zabraliście?!- Stark. 
- Przepraszam Tony. Następnym razem cię weźmiemy.- ja
- Nie będzie następnego razu. Za godzinę będziecie się znajdować kilkanaście tysięcy metrów n.p.m.- Fury. 
- Jak to?- pytam. 
- Wylatujemy dziś w powietrze. Loki chce zniszczyć Avengersów. Prędzej czy poźniej tu przyjdzie.- Natasha. 
- Dobra, a co rozumiecie poprzez 'Wylatujemy w powietrze' będziemy latać cały czas samolotem?- ja
- Nie. Zobaczycie zrozumiecie.- Fury kazał nam byc gotowym za godzinę. Weszłam do pokoju i wzięłam torbę z ubraniami i laptop. W hangarze zrozumiałam o co chodzi. Stał tam ogromny 'samolot' z lądowiskiem. 
- Duh nie można było od razu?- pytam retorycznie. Wchodzimy na pokład do swoich pokoji. 
- Co jest między tobą, a Rogersem?- pyta Jais.
- Nic. Oglądamy razem zachody, wschody słońca i okazjonalnie gwiazdy.- ja
- I to jest nic?- Jai
- Tak. My po prostu kontemplujemy nad astronomią. Co w tym złego?- ja
- Nie no nic.- Jai
- No właśnie.- ja
- Ale chciałabyś żeby cos było.- Jaisnavi.
- Może....

5. Cheers for that!

*Siedziba T.A.R.C.Z.Y*Jaisnavi's P.O.V*
Avalone po raz kolejny noc spędziła na hali treningowej. Stwierdziłam, że nie będę bezczynnie tu sama siedzieć. Zdecydowałam się wybić na miasto. Wyszłam z pokoju. Stałam się niewidzialna. Zauważyłam, że idzie Zayn, dlatego schowałam się za ścianą.
- To, że cię nie widzę, nie oznacza, że nie słyszę twojego oddechu i nierównego bicia serca. Denerwujesz się, huh panno Williams? Gdzie zgubiłaś Avalone? - stanął niedaleko mnie.
- Skąd wiedziałeś, że to ja? - stałam się widzialna.
- Bo Ava nie pieprzyła by się, tylko po prostu trzasnęła drzwiami i wyszła. Gdzie się wybierasz? - uśmiechnął się.
- Z dala od tego gówna. - odparłam.
- Zdajesz sobie sprawę z tego, że to lata? - prychnął.
- Masz lęk wysokości? - spytałam.
- Nie? - zdziwił się.
- To chodź. - pociągnęłam go za rękę. - Więc jesteśmy na pasie startowym. Stąd wylatują i lądują samoloty.
- Polecimy samolotem? - wytrzeszczył oczy.
- Pojebało? Nie zamknę się w tej latającej puszce z tobą. - machnęłam ręką. - Bycie kameleonem ma jedną zaletę. Umiesz latać! Nie no żartuję. Moja moc jest wykurwista na maksa i jest zajebista i ma wiele pieprzonych zalet. 
- Dużo przeklinasz. - zauważył.
- Powtórz to jeszcze raz z tym swoim brytyjskim akcentem. - zaśmiałam się.
- No weź. Śmiejesz się, a sama z Anglii jesteś. - prychnął.
- To lecisz ze mną, czy nie? - spytałam.
- Jak zginę, to ci dokopię jak do mnie dołączysz do tamtego świata. - przytulił się do mnie mocno ściskając moje ciało.
- Jasne, histeryku. - zaśmiałam się. 
Użyłam mocy Avalone i przeteleportowałam nas na jakąś ulicę Nowego Jorku. Zayn nadal mocno mnie obejmował.
- Możesz mnie puścić. - zaśmiałam się.
- Wow. Już jesteśmy. - rozejrzał się.
- Magia. - odparłam. - To gdzie chcesz iść?
- Oddaję się w twoje ręce. - powiedział.
- Jakiś ty szalony. - zaśmiałam się. - Chodź.
Przeteleportowałam nas na dach jakiegoś drapacza. Położyłam się i spojrzałam na swojego towarzysza.
- Kładziesz się, czy będziesz stał jak taki debil? - spytałam.
Bez słowa ułożył się blisko mnie.
- Lubię patrzeć w gwiazdy. Wtedy czuję się wolna. Jakbym była zależna tylko i wyłącznie od siebie. I... Jakby nikt nie mógł mi nic zrobić. Po prostu jestem sama ze swoimi myślami... - uśmiechnęłam się patrząc przed siebie.
- Często tak pojawiasz się i znikasz na dachach? - spytał.
- Zawsze jak, któraś z nas miała jakiś problem uciekałyśmy na dach. Wtedy najłatwiej jest pomyśleć, przemyśleć różne rzeczy... Ja czasem częściej uciekałam na jakiś dach. Lubię patrzeć w gwiazdy. - odpowiedziałam.
- Są piękne, ale ja widziałem coś ładniejszego. - mruknął.
- Co? - spojrzałam na niego. On także patrzał na mnie. - Nie mów, że ja. Błagam cię.
- Szlag. Co by tu... Zachód słońca? - uśmiechnął się.
- Świetnie! Kiedyś mi pokażesz. - odparłam.
- Mam dziewczynę, Jaisnavi. - zaśmiał się.
- Wow... - westchnęłam. - I co ja mam z tym wspólnego?
- Zapraszasz mnie na zachód słońca. A właściwie, to chcesz, żebym ja cię zaprosił. - odpowiedział.
- Skoro masz dziewczynę to czemu chciałeś ze mną tu przyjść? - spytałam.
- Bo cię lubię.
- Ale masz dziewczynę.
- Strasznie mnie wkurwia ten fakt.
- Pogubiłam się.
- No nie?
- Jesteś zbyt skomplikowany. Zmieńmy temat.
Chłopak zastanawiał się chwilę, ale jednak po chwili odpuścił i już nic nie mówił. Jego telefon zadzwonił. Przeklął pod nosem i wstał. Odszedł spory kawałek zostawiając mnie samą. Był wściekły. Czułam to. Takie życie mutanta. Czujemy bardziej niż inni. Krzyczał, a nawet wrzeszczał, choć nie chciał. Dzięki swoim niezwykłym zdolnościom podsłuchałam rozmowę. Rozmawiał ze swoją dziewczyną. O wilku mowa...  O cholera, zerwał z nią. Auć. Wrócił. Podniosłam się i spojrzałam na niego.
- Chodźmy się napić. - podciągnął mnie. - Nachlejemy się do granic możliwości, a później zrobimy coś szalonego.
- Co szalonego? - spytałam.
- Nie wiem! Pójdziemy nago pływać w jakimś jeziorze, czy basenie chociaż nie umiem pływać, albo zwiniemy zbroję Starka, albo wkurwimy Bannera, cokolwiek!
- Zayn, zwariowałeś. Lecimy!
Przeteleportowałam nas go jakiegoś klubu. Mutanci nie mogą się upić, więc piliśmy ile wlezie na konto Fury'ego. Wyszliśmy. Tak oto znaleźliśmy się w Stark Tower. Stanęliśmy za barem. Zayn przygotował drinki i wypiliśmy je duszkiem. Przyszła Pepper. Była zdziwiona widząc nas.
- Zayn? - spojrzała na Mulata. - Kim ona jest i co wy tu robicie do cholery o tej porze?
- Pepper, poznaj Jai, Jai poznaj Pepper. Przyszliśmy się napić i przynieść Starkowi jakąś zbroję. - odparł.
- Stark ma przy sobie zbroję. - odparła.
- Oj znasz go. Chciał jeszcze jedną, bo stwierdził, że się nudzi, to nas przysłał. - wzruszył ramionami.
- Zayn przecież, JARVIS działa na głos mój, lub Starka. Przykro mi, ale wam nie wierzę. - odparła. - Odejdźcie, proszę.
- Nie trzeba, Pepper. JARVIS, 2 zbroje, proszę. - zmieniłam się w Starka.
Na moim i Zayna ciele znalazły się 2 pancerze. Ekstra! To działa. Polecieliśmy. Pobawiliśmy się w mieście i wróciliśmy do bazy. Zdjęliśmy z siebie zbroje i weszliśmy do sypialni Starka
- Jak on słodko śpi... - zaśmiałam się.
- Trzymaj jeden marker. - rzucił mi pisak.
- Czas się stroić, Tony. - przygryzłam język.
Dorysowałam mu hitlerowski wąsik i jeszcze różne bohomazy na twarzy, Zayn zajął się tatuowaniem reszty ciała. Podobnie postąpiliśmy z resztą Avengersów prócz Avy. Nikt nie przeżyłby jej wybuchu...
Następnego dnia obudził mnie lekki ucisk na talii. Przekręciłam się i zobaczyłam Zayna tulącego się do mnie.
- Dobry, księżniczko. - cmoknął mnie w polik.
- Dobry, księżuniu. Gotów? - spytałam.
- Od urodzenia. - wstał.
Poszliśmy razem na śniadanie. Rozmawialiśmy, aż nagle weszliśmy na halę, gdzie byli zebrani wszyscy Avengersi. Zaczęliśmy się śmiać.
- Zayn! Jaisnavi! - wrzasnął Stark. - Wiem, że to wy! W dodatku zarąbaliście mi zbroje!
- Pozwolisz, że cię zacytuję: Nie bądź jeleń nie fikaj. Nie zarąbaliśmy ci ich, tylko pożyczyliśmy. Stoją w twoim pokoju w idealnym stanie. - odparłam.
- A co z moim kontem? Serio? Na minusie? Tak też się da? - spytał Fury.
- Najwyraźniej. Byliśmy strasznie spragnieni. - powiedział Zayn siadając na krześle.
- Super wąsiki. - zaśmiałam się
- Elo, co się dzieje? - wbiła moja bliźniaczka. - Co wy macie na tych ryjach?
- No co jak co, ale Jai jest świetną artystką. - zaśmiał się Zayn.
- Pjona, przyjacielu. - zaśmiałam się i przybiłam z nim high five.
- Gdyby nie fakt, że na was polują i jesteście cholernie potrzebne to nie wiem co wam bym zrobił. Jesteście nieobliczalne! - powiedział Fury.
- Przepraszam, powtórz jeszcze raz. Ten wąsik strasznie mnie rozprasza. - powiedziała Avalone.
- Musimy to kiedyś powtórzyć, ale dopiero wtedy kiedy Furyemu opadnie ciśnienie. - Szepnął mi na ucho Zayn.
- Masz to jak w banku. - opowiedziałam. - Na prawdę cię lubię, Zaynie Maliku. Jesteś godzien mojej uwagi. - dodałam cicho.

czwartek, 7 maja 2015

4. What's your secret?

*Siedziba T.A.R.C.Z.Y* Avalone P.O.V*
Trzecia noc którą zawalam na sali treningowej tłukąc worek. 
- Ktoś tu cierpi na bezsenność.- Stark.
- A ty? Ty dlaczego nie śpisz?- pytam
- Nie będę się tłumaczył dziecku.- Stark. 
- To... Idziemy się wkraść do komputera Furego?- proponuję
- Teraz dobrze gadasz.- Tony uśmiechnął się i wkradliśmy się do laboratorium. Podchodzę do dotykowego ekranu. 
- Ugh. Słabe oprogramowanie.- ja
- Co?- Tony
- Software do dupy.- jęczę 
- Jarvis pomożesz nam trochę?- Stark podlaczyl telefon pod komputer. Zaczęliśmy grzebać, aż dobraliśmy się do komputera Natashy.
- A to nie miał byc komputer Furyiego?- Stark
- Zluzuj gacie Stark. Będzie fajnie.- śmieje się.  Przejrzałam kilka folderów. W jednym z nich były dane wszystkich Avengersów.
- Ona nas śledziła.- Stark.
- To jest agentka. Nawet jej sekrety mają sekrety. - mówię. Następnie wkradamy się do komputera Furyiego.
- Patrz Fury ma na tapecie Koale. - wybucham śmiechem.
- Zmieńmy mu tapetę na nasze selfie. - Tony zrobił telefonem selfie i ustawiliśmy je na tapetę we wszystkich komputerach w bazie.
- To jest cudowny dowcip. - uśmiecham się.
- Zdecydowanie. - Tony.
- Zobaczymy co będzie rano. - ja.
- Dostaniemy burę od szefuńcia. - Stark.
- Jak zacznie na nas krzyczeć to teleportuję się na Hawaje. - ja.
- To ja z tobą. - Tony.
- Małe wakacje od pracy nie zaszkodzą. - śmieję się.
Kilka godzin później idziemy na spotkanie wszystkich superbohaterów. Wchodzimy ze Starkiem do sali.
- Możecie mi wyjaśnić co to jest?- Fury wyświetlił swój pulpit.
- Stark! Czemu nie powiedziałeś, że tak brzydko wyszłam! Mówiłam żebyś cykał z prawego profilu bo mam lepszy. - warczę z udawaną złością.
- Moja wina, że jesteś taka brzydka?!- Stark
- Odszczekaj to!- ja.
- Dosyć! Mam rozumieć, że wkradliście się do naszych serwerów żeby zmienić nam tapetę na wasze zdjęcie?- Fury.
- Tak.- odpowiedzieliśmy w równym czasie.
- Musimy sobie poważnie porozmawiać.- Fury.
- Rozmawiajmy. - uśmiecham się i chwytam za ramię Starka przenosząc nas na Hawaje.
- Aloha Tony!- ja.
- Aloha Avalone!- Stark. Zawiesili nam na szyję naszyjniki z kwiatów i podali drinka w kokosie. Teleportowałam nas znów do siedziby.
- Stark źle! Tak się nie tańczy Hula. - mówię i pokazuję jak powinno się ruszać biodrami.
- Fajna rozmowa. - Fury.
- Sorrki, że tak długo, ale Kuyoki uczyła nas tańca hula, a Stark ma biodra jak ze stali. - zaśmiałam się.
- A może są ze stali?- Stark.
- Whatever. - usiadłam na miejscu, a Stark obok mnie.
- Nie będę wam robił scen, ale po prostu wara od naszych serwerów.- Fury.
- I tak macie słabe oprogramowanie.- Ja.
- Co?- Fury.
- Software do dupy.- kręcę głową.
- Nie ważne. - Fury.
- To wszystko?- pytam.
- Tak. - Fury.
- No i pięknie.- Przeteleportowałam się do sali treningowej. Ktoś za mną chrząknął.
- Nie powinnaś tak sobie wchodzić gdzie ci się podoba.- Harry.
- Uno nie będziesz mi mówił co mam robić, secundo mogę, lubię i chcę, więc będę. Kapiszi?- pytam.
- Zawsze taka byłaś?- odpowiedział pytaniem.
- Szczera? Bezpośrednia? - ja.
- Nie. Czy zawsze byłaś taka obojętna i wredna?- Harry.
- Nie kiedyś byłam jak lizaczek. Słodka i niewinna. - mówię sarkastycznie.
- Serio pytałem. - Harry.
- Tak. Zawsze taka byłam. - powiedziałam i weszłam na bieżnię ustawiając odpowiednie tempo.
- Dlaczego?- Harry wszedł na bieżnię obok.
- Nie wiem. Taka się po prostu urodziłam. Jak tam ramie?- pytam.
- Po tym jak wystawiłaś mi je i wstawiłaś na nowo trochę boli. - przyznał szczerze.
- Przepraszam. Nie przywykłam do tego, że biję kogoś żeby po prostu ćwiczyć. Zazwyczaj biłam żeby przeżyć. Ruchaj albo zostań wyruchany. - ja.
- Podoba mi się ta metafora.- zaśmiał się lokowaty.
- A jak z tobą? Od zawsze jesteś Avengersem? - pytam.
- Nie. Kiedyś pracowałem w piekarni. - Harry.
- Serio? Nie potrafię wyobrazić sobie ciebie wypiekającego chlebki.- zaśmiałam się.
- Śmiej się póki możesz. - Harry.
- Miałeś w takim razie całkiem normalne życie. Moje od początku było popieprzone. Najpierw byłam córeczką tatusia i dostawałam wszystko czego chciałam, a później wyrzucili mnie z domu. - ja.
- Dlaczego wyrzucili cie z domu?- Harry
- Kiedy rodzice dowiedzieli się o naszych mocach stwierdzili, że jesteśmy potworami, a w ich rodzinie nie mogą być potwory. - mówię smutno.
- To jest porąbane. Jesteś niezwykła. Nie jesteś potworem, jesteś niesamowicie utalentowana. - Harry.
- Nie podoba mi się moja moc, ale nic z tym nie mogę zrobić.- odpowiadam i schodzę z bieżni.
- Mnie się podoba. - Harry podchodzi do mnie. Chce mnie pocałować. Uśmiecham się delikatnie.
- Pochlebiasz mi Harry, ale nie powinieneś wdawać się ze mną winne relacje niż po prostu trening. - mówię.
- Słucham?- Harry.
- Jeśli chcesz pocałować dziewczynę, która czyta w myślac to nie myśl o tym. - mówię i znów się uśmiecham. Harry ujmuje moją twarz i złącza nasze wargi.
- Tak dobrze?- pyta.
- Nie. Harry nie możesz mnie całować. Nie możesz się we mnie zadłużyć. - mówię i teleportuję się do pokoju.
"Za późno. " Usłyszałam myśl Harrego. 

środa, 6 maja 2015

3. I have a plan: attack!

*Następny dzień, siedziba T.A.R.C.Z.Y* Jai's P.O.V.*
Gdy się obudziłam mojej bliźniaczki już nie było. Przetarłam dłońmi twarz i wstałam. Przebrałam się w ciuchy do treningu i wyszłam z pokoju. W drodze na halę treningową związałam włosy w kitkę. Drzwi się otworzyły. Avalone waliła w 10 razy większy od niej worek.
- Hej. - powiedziałam.
- Nie mogłam spać... - mruknęła.
- Jak w każdym nowym miejscu... - Odparłam.
- Niezła próba Howkeye. - Moja siostra złapała strzałę i rzuciła ją w kierunku ukrytego łucznika, po czym w locie wybuchła.
- Akuku! - Zrobiłam unik, a laser z działa Starka strzelił w ścianę.
- Opracuj nowy okrzyk.- mruknęłam zmieniając się w Hulka.
- Oo. - jęknął gdy chwyciłam go i zaczęłam nim rzucać.
W końcu wróciłam do swojej postaci.
- Jakieś pytania? - zmierzyłam go wzrokiem.
-No możemy im to zaliczyć... - usłyszałam głos agentki Romanov.
- Co to miało do cholery znaczyć?! - wkurzyła się moja siostra.
- Trening. Fury chciał was sprawdzić. - odparła. - Zdałyście test.
- Za chwilę ja go sprawdzę. - warknęła.
- Zayn i Harry wprowadzą was w kolejne etapy. Atak już zaliczyłyście. - ruda odwróciła się i wyszła.
- Boli bardzo? - spojrzałam na Starka.
- Po proszę whisky. - jęknął.
- Ta, nic mu nie jest. - Avalone szturchnęła go butem.
- Masz niezłego cela Ava. Strzelasz z łuku? - Barton zeskoczył na dół i podszedł do mojej siostry.
- Kiedyś się strzelało. - wzruszyła ramionami.
- Po treningu widzimy się w strzelnicy. - odparł i pomógł Starkowi wstać.
- OMG. Oni mają tu strzelnicę! Kocham to miejsce! - ucieszyła się moja siostra.
- Jak każde miejsce, gdzie możesz strzelać... - zaśmiałam się.
Skierowałyśmy się do innej sali. Na ringu stał jakiś Mulat oparty o liny. Drugi chłopak siedział i walił w dzwonek. Avalone za pomocą telekinezy zablokowała dzwonek, żeby ani drgnął.
- Jestem Zayn. - powiedział mulat. - Ten osioł co bawił się dzwonkiem to Harry.
- Jesteście z Anglii. - powiedziałam.
- Użyłaś swojej mocy? - spytał Harry.
- Nie. Rozpoznałam akcent Zacka. - odparłam.
- Zayna. - poprawił.
- Whatever. Nie dbam o to. - usiadłam na krześle.
- Jaka jest wasza historia? - spytał Harry. - Macie odziedziczone moce, czy nabyte? Niektórzy mutanci mają nabyte, czyli są po prostu wynikiem eksperymentu, jak Rogers, albo Barton, który nauczył się strzelać z łuku, a taka Romanov urodziła się z jej mocą.
- Jaką moc ma Romanov? - spytałam.
- Manipuluje ludźmi. Kiedyś nieźle wykryła Lokiego. On myślał, że to ona mu się spowiadała, a rzeczywistość była inna. - wyjaśnił Zayn. - A co z wami?
- Urodziłyśmy się z naszymi mocami, tylko późno się nam objawiły. - powiedziała Ava.
- A ty Jai jesteś w swojej postaci? - spytał Hazz.
- Co masz na myśli? - zdziwiłam się.
- Nie jesteś jedynym kameleonem na świecie. Jest jeszcze taka jedna, która nazywa się Raven. Nie trzyma z nami, tylko z tymi złymi. Mistrzyni w zabijaniu. Jej naturalna postać jest niebieska. Jak w Avatarze i ona się taka urodziła... - odpowiedział.
- Ja nie urodziłam się niebieska. Wyglądałam normalnie, a nie jak ufoludek. - odparłam.
- Co z tą Raven? - spytała Ava.
- No też jest kameleonem, ale nic po za tym. Ona nie może się we wszystkich zmienić. Ma ograniczone możliwości. Może wyglądać jak każdy człowiek, czy mutant  człekokształtny, ale nie może posiadać ich mocy. - powiedział Hazz.
- Ja zmieniając się w kogoś nabywam jego moce, zdolności, ale także wiem wszystko o tym kimś, wiem nawet to, czego ten ktoś o sobie czegoś nie wie. Później to zapamiętuję i później wykorzystuje... Wiedzieliście, że Barak Obama nadal śpi przy zapalonej lampce? -  rzuciłam.
- Byłaś Barakiem Obamą? - zdziwił się Zayn.
- Okradłyśmy Biały Dom. - mruknęła Avalone.
- Jakoś trzeba było radzić sobie w życiu. - wzruszyłam ramionami.
- A jak z wami? - spytała moja bliźniaczka.
- Ja urodziłem się superszybki, supersilny i cały super. - powiedział Harry.
- A ja mam moc swoich tatuaży. - dodał Zayn.
- Moc swoich tatuaży? - zdziwiłyśmy się.
- Żeby było śmieszniej to nie jest moc nabyta. Po prostu facet, który robił mi tatuaże nie mógł mi wydziarać niczego i po jakimś czasie moje komórki zaczęły ewoluować i tatuaże się też zmutowały. Jestem nietypowym mutantem. - uśmiechnął się uroczo.
- Nie pomyślałaś tego - przekazała mi w myślach moja siostra.
- Też mam taką nadzieję... - pomyślałam.
- Bierzmy się za ten trening. - powiedział Zayn.
- Jaisnavi na ring. - powiedziała siostra.
- Czemu ja?! - zdziwiłam się.
- Bo ja będę trenować z Harrym. - uśmiechnęła się i pchnęła mnie w kierunku ringu.
- Chodź Jai, nie gryzę. - Zayn chwycił mnie za rękę i wciągnął. - Pokaż na co cię stać.
Już po sekundzie leżał na macie. Jęknął z bólu i się podniósł.
- Bez mocy i sztuczek. - powiedział.
- Nie użyłam żadnej mocy, czy sztuczki. - odparłam.
- Mam plan. - rzucił.
- Ja też. Atak! - powtórzyłam serię uderzeń, ale ten robił uniki.
Uśmiechnął się cwaniacko i chwycił mnie szybko w talii i położył.
- I co? - zaśmiał się.
- Nie skończyłam. - wstałam.
- Dajesz mała. - odparł.
Kolejne uderzenia, w końcu padł. Zaśmiałam się i zeskoczyłam z ringu. Pokręciłam głową.
- Teraz z mocami. - powiedział pewnie Mulat.
- Jesteś samobójcą? - spytałam. - Wiesz, że przegrasz.
- Daj i szansę. - odpowiedział.
Dawał z siebie wszystko, a ja nawet się nie zmęczyłam. Kolejny upadek. Westchnęłam głośno.
- Jeszcze raz? - spytałam.
- Podziękuję. Może Harry da radę. - odparł.
- Stary podziękuję. Mnie już wszystko boli od patrzenia na ciebie. - odparł. - A po za tym dostałem wpierdol od Avalone.
- Biedny loczuś. - zaśmiałam się i przybiłam sobie piątkę z siostrą
 

wtorek, 5 maja 2015

2. Courage, Honor, Loyalty, Sacrifice.

*Mieszkanie dziewczyn* Avalone P.O.V*
- Żyjemy na tym świecie 19 lat. Napadłyśmy na Prezydenta, a oni myślą, że nie potrafimy kontrolować swoich mocy i potrzebujemy jakiegoś profesorka i czarnego grubaska, który udaje pirata?- Prycham
- Ava przestań. Może powinnyśmy to przemyśleć. - Jai
- Jeśli ktokolwiek musi tutaj myśleć to oni i to poważnie. Dajemy sobie same radę od 4 lat same. Gdzie byli jak rodzice dowiedzieli się o mocach i wyrzucili nas z domu jak miałyśmy 15 lat? Bo teraz kiedy opanowałyśmy moce i jakoś żyjemy nasyłają na nas jakiegoś emeryta w rajtuzach, emerytowanego nerda, który zbudował sobie zbroję i przerośniętą bliźniaczkę Olsen. Nie wydaje ci się to dziwne?- pytam.
- Nie masz już dosyć kradzieży? - Jai
- Jeśli to muszę robić żeby przeżyć to będę to robić do końca życia. - mruknęłam i poszłam zaparzyć sobie kawy. Była juz noc, ale jedną z fajnych rzeczy w mojej mocy było to, że mogłam normalnie funkcjonować z małą ilością snu lub bez niego. Wzięłam kubek i wyszłam na balkon. Postawiłam kubek na podłogę i wdrapałam się po rynnie na dach. Usiadłam na nim i na polecenie mojej dłoni kubek przyleciał do mnie. Po chwili na balkon wyszła Jai. 
- Możesz?- spytała. Wzięłam jej kubek, a ona weszła na dach i usiadła obok mnie. 
- Powinniśmy to przemyśleć? - pytam
- Moim zdaniem tak.- Jai. Usłyszałam jakiś hałas. 
- Cii.- zakrylam usta siostrze. 
- Ktoś jest w naszym mieszkaniu.- pomyślała. 
- Tak. Podejrzewam, że nie ma pokojowych zamiarów.- przekazałam jej telepatycznie. Skupiłam sie na mieszkaniu. Cztery osoby, tacy jak my. 
- Jai musimy sprawdzić kto to. - pytam
- Skopiemy kilka zadków.- odpowiada szeptem. Chwytam ją za dłoń i przenoszę na ziemię. Wchodzimy do mieszkania. 
- Trzymaj moją dłoń. Gdyby groziło nam niebezpieczeństwo przeteleportuję nas.- przekazuję jej w myślach. 
- Zluzuj majty. Będzie zabawa.- uśmiechnęła sie. W naszym mieszkaniu było czterech oblechów. Wyglądali troche jak z innej planety. Jeden z nich miał hełm z rogami i bierło ze świecących końcem. Zaśmiałam sie cicho. Odwrócili się w naszą stronę. Zaatakowali nas. Zrobiłam salto do tyłu i zniknęłam. Pojawiłam się za żołnierzem i wbiłam mu nóż w klatkę piersiową. Jai załatwiła dwóch pozostałych żołnierzy. Gościu w hełmie chciał zaatakować Jai, ale Pojawiłam sie za nią i chwyciłam jej ramię. Przeteleportowałam nas kilka ulic dalej. 
- Nic ci nie jest?- pytam
- Nie, a tobie?- siostra
- Też nie. - Mówię.
- Chcieli nas zabić. Musimy coś zrobić. Namierzyli nas raz zrobią to kolejny raz. - Siostra. 
- Myślę, że to ten czarny grubas nasłał na nas tych gości. Czas na zemstę. - ja
- Wydaje mi się, że to nie on, ale sprawdzić można.- Jai. Przeteleportowałam nas do ich siedziby.
- Ej no tak spotkanie bez nas zacząć? Nieładnie.- kręcę głową z dezaprobatą widząc przy wielkim stole wszystkich. 
- Wiec jednak do nas dołączacie?- Fury. 
- Nie. Przyszłyśmy tylko zapytać czemu nasłaliście na nas barana z kijem?- Jai. 
- Jakiego barana?- Stark.
- Musiałyśmy ich zabić. - ja
- Ona mówi o Lokim.- Olsenka
- Z jakiej paki przerośnięta bliźniaczka Olsen ma młot, a ja nie?- pytam. 
- Zabilyscie Lokiego?- Fury.
- Nie zdążyłyśmy, ale jego żołnierze pożałowali, że nas poznali.- usmiecham się.
- Loki musiał wiedzieć, że chcemy aby one do nas dołączyły. - Fury spojrzał na Olsenkę.
- Co? Ja mu nic nie powiedziałem!- Broni się Thor.
- Duh! My tu jestesmy! - Jai.
- Loki wiedząc, że chcemy z wami współpracować chciał was zniszczyć.- Fury. 
- Fuu! Stark opanuj swoje myśli.- jęczę zniesmaczona. 
- Nikt ci nie kazał grzebać w mojej głowie.- Burknął.
- Twoje myśli same wpatoczyły się nieproszone do mojej głowy. - ja
- Moje myśli nie chodzą tam gdzie ich nie chcą.- Stark. 
- Czy wy możecie już przestać?!- Cury.
- Ona zaczęła.- Stark
- Chcecie się do nas przyłączyć czy nie?!- Natasha
- Żeby było jasne nie będę wykonywać waszych rozkazów.- warczę i siadam na fotelu kładąc nogi na stole. 

1. Make your move, Reindeer Games

*Siedziba T.A.R.C.Z.Y.* perspektywa widokowa*
- Avalone i Jaisnavi Williams. Bliźniaczki. Bardzo potężne i niezwykle utalentowane. Cholernie niebezpieczne. Działają na wolnym rynku. Dlatego muszą pracować dla nas.
- Dyrektorze Fury, skoro są niebezpieczne... - Zdziwił się Rogers.
- Mogą się nam przydać. Zło nigdy nie śpi i pan, panie Rogers wie o tym najlepiej. - powiedział szef.
- To wariatki, nie da się ukryć. Mają morderstwa na koncie? - spytał Tony.
- Jak każdy w dzisiejszych czasach, Stark. - odezwał się Thor. - Coś o tym wiesz, prawda?
- Tylko ja, Blondyneczko, likwiduję tych złych. - mruknął Stark.
- Spokój. - rozporządziła Natasha. - Nie zabiły nikogo niewinnego. One biorą pod uwagę dla kogo pracują, ale głównie zajmują się kradzieżą. I szczerze mówiąc jestem pod wrażeniem. Okradły prezydenta Stanów Zjednoczonych i królową Anglii. 
- Jakie mają umiejętności? - zaciekawił się Harry.
- Avalone, telekineza, telepatia i manipulacja ludzkim ciałem poprzez umysł, może też swoją mocą wytwarzać osłonę, czy jakoś tak. Jaisnavi, jest zmiennokształtna, potrafi przybrać każdą postać, wymyśloną, prawdziwą, a jej zdolności spowalniają proces starzenia się, czyli minie cholernie długo czasu, zanim się zestarzeje. - wyjaśnił dr. Banner.
- Nieśmiertelna? - spytał Steve
- Nie nieśmiertelna. Po prostu nie zestarzeje się tak szybko. - powiedział Banner.
- Ich umiejętności mogą nam się przydać. Loki uciekł i współpracuje z Ultronem i jego bandą. Muszą nam pomóc ich złapać. - powiedział Nick Fury.
- No to lecimy. - powiedział Stark w swojej zbroi Iron Mana.
*Inna część Nowego Jorku*Jai's P.O.V.*
- No proszę proszę... Nie sądziłem, że przyłapiemy je na gorącym uczynku. Odłóż to pączuszku. - usłyszałam głos za sobą.
- Sugerujesz, że jestem gruba ołowiany żołnierzyku? - spytałam.
- Teraz? Oj tak... - odparł.
- A teraz? - zmieniłam postać.
- Kameleonik! - krzyknął.
- Stark! Robota, czeka. - skarcił go Capitain Ameryka.
- Załatwię to szybko. - przybrałam swoją naturalną postać - Dajesz dziadku.
- Czekaj czekaj. Emeryta masz tam. Ja jestem wiecznie młody i przystojny. - odparł.
Nie minęła chwila, a zaczęliśmy się tłuc. W końcu nas związali.
- Nie bądź jeleń, nie fikaj. - powiedział Stark do mojej siostry.
- Jeleń też ma kopyta i cholernie boli jak ktoś z nich oberwie. - odgryzła się.
- I Fury chce z nimi pracować? Świerzaki, brać je. - zwrócił się do dwóch chłopaków.
- Czekajcie! - przyjechał jakiś facet.
- Aż tak narozrabiałyśmy? - zdziwiła się moja siostra.
- Najwyraźniej. - mruknęłam.
- Niech pan wyjdzie z mojej głowy! - pisnęła moja siostra.
- Co się dzieje? - spytałam.
- Profesor Charles Xavier i dyrektor szkoły dla niezwykle utalentowanych. Chcę zabrać was ze sobą i nauczyć was kontrolować wasze moce. - przedstawił się facet na wózku.
- Szkoła dla niezwykle utalentowanych? - zdziwiłam się.
- Profesorze, z całym szacunkiem, ale te dziewczyny są nam potrzebne. I my także możemy otoczyć je odpowiednią opieką. - przyszedł jakiś facet z przepaską na oku.
- Okay, jesteście dziwni. - skomentowała moja siostra zdejmując z siebie sznury.
- Ta. My podziękujemy. - również zdjęłam swoje i wstałam ze schodów.
- Czekajcie! - krzyknął jakiś chłopak. - Posłuchajcie co dyrektor Fury ma do powiedzenia...
- Czyste konto, bezpieczeństwo, miejsce zamieszkania, bogactwo i inne takie gówna. - prychnęła moja siostra.
- Jeśli będziemy chciały same sobie to zapewnimy. - odparłam.
- Wciąż uciekacie... - powiedział Xavier. - Jeśli dołączycie do mojej szkoły nie będziecie musiały tego robić i nauczycie się kontrolować moce.
- Przestań profesorku... - jęknął Fury. - Obie lubicie walczyć. Dam wam to, czego zechcecie. W imię dobra oczywiście...
- Pomyślimy. - rzuciłam
- Damie nie wypada kłamać. - powiedział psor.
Zatkało mnie.
- Pan nie czyta w moich myślach! - syknęłam.

Obserwatorzy