- Pomyślałem, że przyda ci się towarzystwo.- Rogers.
- Spocznij żołnierzu. Daję radę sama.- usmiecham sie. Mimo wszystko Steve siada obok mnie.
- Piękny zachód. Tylko czasem ciężko na niego patrzeć wiedząc, że przyniesie ciemną pustkę rozświetloną Jedynie kilkoma gwiazdami.- Steve.
- Dobrze powiedziane. - ja
- To troche jak z życiem. Nie sądzisz?- Rogers
- Ay, Ay Kapitanie.-ja
- Przestań. Jestem po prostu Steve.- Rogers. Przez chwilę siedzieliśmy w ciszy patrząc na piękny horyzont.
- Masz rację Steve.- ja
- Z zachodem?- pyta
- Tak. Najpierw mamy wszystko, jest pięknie i jasno, wszystko układa się idealnie, ale powoli się kończy i nastaje noc, czyli zostajemy bez niczego. - ja.
- Nie o to mi chodziło. Chodziło mi o to, że nawet po najlepszym dniu nadejdzie chwila załamania jaką jest noc, ale jak przetrwasz noc to znów pojawi sie słońce.- Steve
- Co ja wiem o życiu? Mam dopiero 19 lat.- ja.
- Wiesz więcej niż ci się wydaje. Ja mam już jakieś 96.- Steve.
- A ile przeżyłeś w świadomości? - pytam
- Jakieś 26. - Steve
- To nie jesteś az tak bardzo stary.- śmieję się.
- Dzięki. Bo to był komplement tak?- Steve.
- Tak był.- ja
- Zimno trochę. Nie chcesz wejść do środka?- Rogers
- Nie dzięki. Posiedzę tu jeszcze chwilę.- ja
- To ja zostaje z tobą.- mówi. Zdejmuje kurtkę i narzuca ją na mnie.
- Dziękuję.- ja
- Tobie sie bardziej przyda niż mi. Trzęsiesz się jakbyś miała napad padaczki. - Zaśmiał się Steve
- Pan Ameryka potrafi żartować. - powiedziałam zdziwiona.
- Może spotkajmy się tutaj nad ranem jak będzie wschód. Popatrzymyjak nasze życie sie rozjaśnia. - Steve. Przysunęłam się bliżej niego. Położyłam głowę na jego ramieniu.
- Może zostańmy tutaj aż do wschodu?- mówię. Steve był zszokowany moją bezpośrednią postawą. Po chwili jednak objął mnie ramieniem.
- Zostańmy tutaj.- potwierdza Steve i opiera głowę o moją. Każdy czasem potrzebuje bliskości drugiej osoby. Dlaczego byłam w stanie odrzucić Harrego, a Rogersa nie? Dlaczego nagle poczułam potrzebę bliskości? Steve był jedną z osób, która może być wszędzie, z kim chce, a był teraz ze mną i przytulał mnie opowiadając historie z wojny i o tym jak serum na niego wpłynęło. Rozmawialiśmy tak do rana. Do wschodu słońca.
- No i rozjaśniło się nasze życie.- uśmiecham się.
- Wystarczyło przetrwać noc. To nie było takie trudne prawda?- zapytał.
- Z tobą wszystko wydaje się być łatwe.- odpowiadam. Od tamtej nocy codziennie spotykaliśmy się na dachu aby podziwiać zachody i wschody. Mi nie robiło to różnicy, ale Steve często chodził niewyspany i przysypiał na spotkaniach. Jednak uparcie twierdził, że wszystko jest dobrze. Miałam jednak chytry plan jak zmusić go do tego żeby w końcu położył sie na troche. Tamtego popołudnia ułożyłam na dachu koc i milion poduszek. Usiadłam na nim i czekałam na Kapitana Amerykę.
- Cóż to takiego?- pyta kiedy wchodzi na dach.
- Dziś dla odmiany położymy się i pooglądamy gwiazdy. - uśmiecham się.
- Gwiazdy to są te osoby, które rozświetlają ten trudny czas w naszym życiu. - Steve.
- Więc dziś im poświęcimy torchę uwagi.- ja.
- Dobrze. Kiedy będzie zmrok?- pyta
- Za kwadrans zacznie robić się ciemno.- ja. Steve położył się na kocu, a ja obok niego. Wtuliłam się w jego klatkę piersiową.
- Nie musisz tutaj ze mną być. Po co to robisz?- spytałam wodząc palcami po jego wyrzeźbionym brzuchu.
- Bo chcę Ava. Lubię być z tobą. Można z tobą porozmawiać o czymś konkretnym lub pobyć w milczeniu. Nie ma to znaczenia bo po prostu jest cudownie. - Steve.
- Ja też bardzo lubię z tobą być.- mówię.
- Patrz tam jest wielki wóz, a tam mały wóz.- Steve zaczął pokazywać różne gwiazdy. Położyłam dłoń na jego brzuchu i skupiłam się na jego organiźmie. Stopniowo wyrównałam bicie jego serca i powoli sprawiłam, że stał się senny. Chwilę później z moją malutką pomocą spał jak małe dziecko. Leżałam wtulona w niego i mnie udało się na chwilę zmróżyć oczy. Obudziłam się kiedy poczułam, że ktoś dotyka moje włosy. Leżałam objęta przez Steva i patrzyłam jak bawił się kosmykiem moich włosów.
- Jak długo nie śpisz?- pytam
- Chwilę. - Rogers.
- Dobrze się spało?- pytam
- O dziwo dobrze. Jakaś małpka przyczepila się do mnie i nie dość, że swoimi mocami zmanipulowała mnie abym zasnął to jeszcze całą noc mnie przytulała.- Steve
- Ale z niej szczęściara.- śmieję się.
- Dziękuje. Potrzebowałem troche snu, ale nie chciałem cie zostawiać tutaj samej.- Steve
- Ja nie potrzebuję snu, ale spać mogę, więc umówmy się, że będę sypiać tyle ile ty. Poza tym każdego wschodu nie możemy razem zobaczyć.- Mówię i podnoszę się.
- Umowa stoi. - Steve też wstał. Wzięłam koc, owinęłam się nim i weszłam do budynku. Poszłam do pokoju siostry i mojego. Weszłam do środka.
- Ava, a może tak ciszej? Niektórzy śpią o tej godzinie?!- siostra z grymasem rzuciła we mnie poduszką. Podniosłam poduchę i odłożyłam na moje łóżko. Poszłam pod prysznic i pierwszy raz od przyjazdu tutaj ubrałam sie w swoje ubrania, a nie te kombinezony, w które każą mi się ubierać. Zakładam jeansy, martensy i top. Narzucam na siebie swetr. Biorę torebkę i wychodzę z pokoju.
- Gdzie ty lecisz huh?- Harry.
- Na kebab. Ile można jeść jakieś dietetyczne gunwa?- mówię z grymasem.
- Może skoczę z tobą?- Harry.
- Umówiłam się już z Rogersem.- kłamię.
- Ah. To smacznego.- Harry
- Dzieki.- usmiecham sie i idę korytarzem. Wchodzę do pokoju Steva.
- Masz ochotę skoczyć na miasto?- pytam.
- Jasne.- Steve. Schodzimy do garażu. Wsiadamy na motor Mr. Ameryka i wyjeżdżamy z budynku. Jedziemy do małej, skromnej restauracji na przedmieściach. Moim zamówieniem był kebab w picie.
- Nareszcie normalne jedzenie.- jęczę kiedy dostaję swoje zamówienie. Jemy posiłek w ciszy.
- Avalone.- Steve
- Tak?- podnoszę głowę, a Rogers wybucha śmiechem.
- Ubrudziłaś się.- Steve chwyta serwetkę i wyciera moje usta.
- Dziękuję, a co chciałeś?- pytam
- Czy między tobą, a Harrym coś jest?- pyta
- Tak. Gruby mur.- odpowiadam.
- Ja pytam poważnie.- Steve.
- A ja odpowiadam poważnie.- ja. Między nami znów zapadła cisza. Kontynuowałam jedzenie mojego kebaba. Podniosłam glowe, a Steve znow sie zaśmiał.
- Znowu jestem brudna tak?- pytam
- Tak.- Steve
- Moja wina, że to jest takie dobre?- mówię i biorę ostatni gryz.
- Chyba jeszcze nie widziałem w dzisiejszych czasach kobiety, która tyle je.- Steve
- Bo za twoich czasów to wszystkie tak jadły co?- pytam ironicznie.
- Za moich czasów kobiety były w wojsku. Jadły to co było.- Steve
- To troche jak w T.A.R.C.Z.Y. Jesz to co ci dają, a później musisz w tajemnicy podjadać żeby sie najeść.- kręcę głową.
- I nie martwisz się o swoją wagę jak 99.9% dziewczyn.- Steeve
- Ani troche. Jak komuś sie nie podoba moja dupa to niech spierdala.- uśmiecham się.
- Dobre podejście.- Steve
- Wracamy? Napewno już wiedzą, że nas nie ma.- ja
- Jasne.- Rogers. Zapłaciliśmy za jedzenie i wyszliśmy. W T.A.R.C.Z.Y oczywiście byliśmy spóźnieni na spotkanie.
- Sorry Fury byliśmy na kebabie.- ja
- I mnie nie zabraliście?!- Stark.
- Przepraszam Tony. Następnym razem cię weźmiemy.- ja
- Nie będzie następnego razu. Za godzinę będziecie się znajdować kilkanaście tysięcy metrów n.p.m.- Fury.
- Jak to?- pytam.
- Wylatujemy dziś w powietrze. Loki chce zniszczyć Avengersów. Prędzej czy poźniej tu przyjdzie.- Natasha.
- Dobra, a co rozumiecie poprzez 'Wylatujemy w powietrze' będziemy latać cały czas samolotem?- ja
- Nie. Zobaczycie zrozumiecie.- Fury kazał nam byc gotowym za godzinę. Weszłam do pokoju i wzięłam torbę z ubraniami i laptop. W hangarze zrozumiałam o co chodzi. Stał tam ogromny 'samolot' z lądowiskiem.
- Duh nie można było od razu?- pytam retorycznie. Wchodzimy na pokład do swoich pokoji.
- Co jest między tobą, a Rogersem?- pyta Jais.
- Nic. Oglądamy razem zachody, wschody słońca i okazjonalnie gwiazdy.- ja
- I to jest nic?- Jai
- Tak. My po prostu kontemplujemy nad astronomią. Co w tym złego?- ja
- Nie no nic.- Jai
- No właśnie.- ja
- Ale chciałabyś żeby cos było.- Jaisnavi.
- Może....
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz